Historia Krystyny
Mam na imię Krystyna.
Przed chorobą byłam inżynierem, pracowałam w biurze projektowym.
Miałam 41 lat, gdy któregoś dnia po kąpieli wyczułam w piersi mały guzek, wielkości fasoli.
Na wszelki wypadek poszłam szybko do lekarza rodzinnego, a ten – nawet nie oglądając piersi –
odesłał mnie do onkologa. Nie zwlekałam z wizytą, raczej nie spodziewałam się, że to może być coś poważnego.
Taki mały guzek? Biopsja jednak wykazała, że myliłam się – miałam raka.
Ale jak to, przecież poszłam do onkologa tylko dla świętego spokoju!?
W jednej chwili zawalił się mój świat. Przecież córka ma dopiero 14 lat, ja powinnam żyć przynajmniej do jej matury, potem już sobie poradzi…
Płacząc wróciłam do domu, powiedziałam mężowi, mamie i córce. W domu zrobiło się jak w grobie, każdy płakał w swoim kącie, a ja miałam tylko jedno pragnienie – dziwne, wręcz zwierzęce: schować się pod stołem, zwinąć się w kłębek i tam zostać, aż to wszystko przeminie.
Trwało to kilka godzin, aż w końcu głośno powiedziałam: „Do licha, kto tu będzie umierał – ja czy wy? Czego wciąż płaczecie, co to da?”
I coś się odmieniło. Zaczęliśmy rozmawiać. Powiedziałam, że za kilka dni idę na operację.
Mąż nagle znalazł czas (którego mu wciąż brakowało) i na drugi dzień pojechaliśmy wszyscy do Częstochowy.
A potem operacja – całkowite odjęcie piersi, bo wtedy nie robiono jeszcze operacji oszczędzających.
Dość krótki pobyt w szpitalu, pierwsze informacje od rehabilitantki, jak postępować dalej.
Okazało się też, że na szczęście rak był w początkowym stadium (II stopień), więc nie było dalszego leczenia.
Niestety, nie było też protez piersi nadających się do użytkowania, bo to „coś”, co dostałam ze szpitala, powodowało tylko ból.
Przypadkiem dowiedziałam się, że są jakieś czeskie protezy – lepsze – ale w Katowicach.
Jeszcze mocno osłabiona pojechałam z mężem na drugi koniec Polski. Naprawdę było warto!
Rehabilitantka zaprosiła mnie na gimnastykę usprawniającą w jej małym i ciasnym gabinecie.
Tam dowiedziałam się, że powstał klub dla kobiet takich jak ja – po chorobie nowotworowej piersi. Klub Amazonki.
To był początek, było nas ledwie kilkanaście, ale tam zobaczyłam, że nie jestem sama w tej chorobie i że są panie, które żyją wiele lat po diagnozie.
To było coś – one tyle żyły, więc ja też tak mogę!
A tyle się tam działo – ciekawe spotkania, wspólne wyjazdy na turnusy rehabilitacyjne, gimnastyka już na dużej sali i wiele więcej.
Zostałam Amazonką i jestem nią już od ponad 40 lat.
Choroba zmieniła moje spojrzenie na świat – wyciszyła moje intensywne życie i pokazała, że różne drobiazgi i niepowodzenia nie są aż tak istotne.
Ja żyłam! A resztę – zawsze da się coś zrobić…
Drogie Panie! Rak jest straszną diagnozą dla każdego bez wyjątku człowieka. Ale dziś jest wiele możliwości, aby go pokonać.
Gdyby wtedy, gdy zachorowałam, były Ochotniczki, informacje od nich bardzo podniosłyby mnie na duchu.
A dziś w Klubie Amazonki można zobaczyć, ile kobiet cieszy się życiem po przebytej chorobie.
Można dostać wsparcie psychologiczne, jeśli jest taka potrzeba, korzystać z gimnastyki usprawniającej, która jest nam niezbędna.
Warto być razem z nimi!
Dziś mam 73 lata. Doczekałam nie tylko matury córki, ale i jej dyplomu po studiach.
Jestem też babcią dwóch super wnuków – jeden właśnie został studentem, drugi licealistą.
Dwa lata po zachorowaniu wróciłam do pracy – zmieniłam zawód dwa razy: 7 lat pracowałam w marketingu, a potem 15 lat jako kadrowa.
Sama nie wiedziałam, że tyle potrafię!
O chorobie już nie myślę ze zgrozą – choć „zaliczyłam” jeszcze raka tarczycy – ale ten mnie już tak nie przeraził, bo wiedziałam, że z tym wrogiem da się wygrać.
Kocham życie, cieszę się nim i korzystam z niego z całych sił.
Jestem silna – i tego też Wam życzę z całego serca!